Noc jeszcze nie zdążyła ustąpić, gdy na płycie lotniska pojawił się pierwszy w tym roku samolot gotowy do startu. Mgła wisiała nisko, jakby sama zastanawiała się, czy pozwolić światu wejść w 2026. Silniki mruczały cicho, równym, pewnym tonem — jakby mówiły: „idziemy dalej”.
Kapitan Nowicki, człowiek, który widział już niejedno niebo, zamknął drzwi kokpitu i spojrzał na zegar. 00:07. Pierwszy lot roku. Symboliczny, ale dla niego ważny. Lubił ten moment — świeży, czysty, jeszcze nieopisany. Obok niego pierwszy oficer kończył ostatnie przygotowania.
– No to lecimy – powiedział półgłosem kapitan.
– Gotowy – potwierdził pierwszy oficer.
Wieża wydała zgodę. Samolot ruszył powoli, jakby badał nowy rok ostrożnie, krok po kroku. Ale gdy wjechali na pas, wszystko stało się jasne: 2026 nie zamierzał czekać. Chciał startować.
Przyspieszenie przyszło gwałtownie, jak zawsze. Drżenie, hałas, wibracje — a potem to znajome, ulubione uczucie: oderwanie. Chwila, w której ciężar zostaje na ziemi, a człowiek znów przypomina sobie, że potrafi wznieść się wyżej.
Pod skrzydłami rozlało się miasto, jeszcze pogrążone w świątecznym śnie. A przed nimi — czyste niebo, bez śladów, bez tras, bez turbulencji. Rok dopiero się zaczynał. Wszystko było możliwe.
Kapitan spojrzał na linię horyzontu, która powoli różowiała.
– Dobry będzie ten 2026 – mruknął. – Ma w sobie potencjał.
Pierwszy oficer tylko skinął głową. Obaj wiedzieli, że to prawda. Każdy rok zaczyna się jak start: z lekkim stresem, z niepewnością, ale też z obietnicą, że jeśli dobrze ustawimy kurs, polecimy dalej, niż planowaliśmy.


