Pierwsze, co zniknęło, to „nieważne”.
Po prostu przestał umieć go powiedzieć.
Zamiast „nieważne” mówił „to już nic” albo „no i co z tego”, ale to nie było to samo.
To słowo miało w sobie wagę, a bez niego rzeczy zaczęły go dotykać bardziej.
Drugiego dnia zniknęło „później”.
Nie mógł już mówić „zrobię to później” ani „porozmawiamy później”.
Musiał wybierać: teraz albo nigdy. I to było brutalnie wyczerpujące.
Z każdym kolejnym dniem tracił jedno słowo.
Nie w sposób dramatyczny. Po prostu… nie przychodziło.
Próbował je przywołać, ale czuł, jakby szukał klucza w kieszeni, której nie ma.
Po tygodniu zniknęło „lubię”.
A potem „czekam”.
Zaczął pisać zdania, żeby zapamiętać to, co zostało.
Ale i pisanie robiło się trudniejsze – nie przez brak historii, tylko przez brak języka.
Po miesiącu mówił tylko prostymi komunikatami.
– Jestem.
– Tak.
– Nie.
– Cicho.
Ludzie myśleli, że coś mu się stało.
Że przeszedł przez coś.
A on po prostu nie miał już słów na tłumaczenie.
Zostało mu jedno.
Znał je dobrze.
Zostawił je na koniec.
Trzymał w kieszeni świadomości, jak ostatnią baterię w pilocie.
Kiedy nadszedł dzień, że musiał go użyć – powiedział:
– Dziękuję.
I od tego momentu już milczał.
Jeśli spodobał Ci się ten wpis, możesz mnie wesprzeć: Postaw mi kawę ☕



