Są takie dni. Nie złe. Nie dobre. Po prostu… rozlazłe. Jak rozciągnięty sweter po praniu, który niby grzeje, ale wygląda jak wspomnienie lepszej wersji siebie.
Wstajesz – może. Albo raczej: przestajesz leżeć. I to wcale nie jest triumfalny powrót do rzeczywistości, tylko powolne wypływanie z niepamięci, w której sen był dziwny, ale mniej absurdalny niż kalendarz.
Patrzysz w okno. Deszcz nie pada, ale jakoś wszystko jest wilgotne. Ty też. Od środka.
To są dni, w których nie wiadomo, czy wypić kawę, czy napisać list do samego siebie sprzed dziesięciu lat z pytaniem:
„Ej, serio myślałeś, że to będzie łatwe?”
W takich dniach rozmowy wydają się zbyt głośne, a cisza zbyt osobista. Ludzie pytają „co słychać?”, a ty myślisz:
„Hmm, wilgoć i niepokój. U Ciebie?”
Ale w tym rozłażeniu jest coś… prawdziwego. Coś, czego nie mają te idealne, zaplanowane dni z kalendarza Google i smoothie z chia.
Bo kiedy dzień się rozłazi, ty też możesz. Pozwolić sobie na nieogar, na smutek, na niewiedzenie. Na siedzenie z kubkiem w dłoni tak długo, aż herbata ostygnie, a ty stwierdzisz, że może to jest właśnie życie – nie w punktach, nie w osiągnięciach, tylko w tych chwilach, które przeciekają między palcami, ale zostawiają ślad.
I może jedynym zadaniem na dziś jest:
przetrwać.
Albo chociaż: nie rozpaść się bardziej niż dzień, który się właśnie rozłazi.
Jeśli spodobał Ci się ten wpis, możesz mnie wesprzeć: Postaw mi kawę ☕



